Dreams are renewable. No matter what our age or condition, there are still untapped possibilities within us and new beauty waiting to be born.

-Dale Turner-

niedziela, 29 kwietnia 2012

Here comes the storm



Chyba dłużej szukałam tej  piosenki, niż pisałam rozdział, a i tak średnio pasuje.... 



Rozdział 17


Całą noc nie spałem. Strach, niczym jadowita żmija wił się po całym moim ciele i duszy. Wkradał się w każdy zakamarek mózgu, by ukąsić i popełzać dalej. Dzwoniłem do niej niezliczoną ilość razy, lecz ciągle słyszałem te same słowa – abonent ma wyłączony telefon lub jest poza zasięgiem sieci. Gdy tylko zamykałem oczy, które domagały się zasłużonego odpoczynku, miliony obrazów i scenariuszy wyświetlały się w moim umyśle. Nie wiedziałem nic, poza tym, że ktoś krzywdził moją delikatną Jasmin. Ten człowiek musiał być potworem. Jak mógł podnieść rękę na to bezbronne stworzenie? Nie mieściło mi się w głowie, żeby uderzyć kobietę. Przecież one tyle dla nas robią. Poświęcają cale swoje życie, żeby nam było dobrze. One nas urodziły, wychowały, wykarmiły, nauczyły wszystkiego czego były w stanie. Gdyby nie nasze mamy, babcie, siostry, dziewczyny, żony wszystko straciłoby sens. Każda taka piękna, a jednocześnie różniąca się od pozostałych. Ich nierzadko irracjonalne zachowania dostarczały nam emocji, wyrywały z monotonni. Te cudowne kolorowe kwiaty na szarej łące rozjaśniały nasz świat i czyniły go lepszym. Tak często krzywdzone, zrywane więdły. Krzywdzone przez ludzi pokroju Kadira. Obok strachu czułem też złość. W połączeniu tworzyły śmiertelną mieszankę. Moja zazwyczaj zielono-żółta, beztroska dusza przybrała karmazynowo-czarnego kolorytu. Nieprawdopodobne jak w ciągu kilku chwil człowiek może dojrzeć. Moje różowe klapki na oczach spadły i zniknęły razem ze szczelnym kloszem, którym się otaczałem. Do tej pory byłem takim egoistą. Liczyły się tylko koncerty, zabawa, zespół, imprezy, moje pasje. Jedynym problemem było to, że ludzie traktowali mnie tak, jak na to zasługiwałem. Niepoważnie. Stawiałem siebie w centrum wszechświata i nie zauważałem nikogo innego. Aż nagle pojawiła się ta drobna, niepozorna osóbka i wylała mi kubeł zimnej wody na głowę. Pokazała, że w niczym nie jestem lepszy od reszty. Uratowała mnie przed samym sobą. Teraz była moja kolei, żeby jej pomóc. Oczywiście zgłosiłem sprawę na policję, ale nie mogłem zrobić nic więcej. Bo niby co? Nie wiedziałem nawet gdzie mieszka. Broniła swojej prywatności jak lwica. Myślałem, że po prostu ma takie zasady, taki skryty charakter. Nie przyszło mi nawet do głowy, że coś złego może się u niej dziać. Na palcach wstałem z łóżka i poszedłem na balkon. Potrzebowałem trochę świeżego powietrza, chłodzącego wiatru. Już chciałem usiąść na ławce i kontynuować moje rozważania, kiedy zobaczyłem, że nie jestem sam. Zayn wpatrywał się w gwiazdy i nawet mnie nie zauważył. Dawno nie widziałem go tak zamyślonego. Od spotkania z Jasmin był jakiś inny. Pewnie, że ten incydent wpłynął na wszystkich chłopaków, ale tu chodziło o coś więcej.
- Zayn, Ty coś wiesz – moje stwierdzenie przerwało ciszę i wywołało kolejne zmarszczki na twarzy Mulata.
- Gdzieś ją już widziałem. Ze wszystkich sił staram sobie przypomnieć gdzie, ale nie umiem. Mam złe przeczucia, Lou. I nie chodzi mi tylko o tego jej brata. Po obrzeżach moich myśli coś krąży, ale nie umiem tego uchwycić. Wycofaj się póki jeszcze możesz. Zrobiłeś co do Ciebie należało, zgłosiłeś sprawę na policję. Nie masz jak jej inaczej pomóc. A jeśli się będziesz mieszał, to wyjdzie z tego jeszcze większe bagno. Trzeba wiedzieć, kiedy walczyć, a kiedy odpuścić. Jeśli wybierzesz tą pierwszą opcję, jestem pewien, że będziesz cierpiał. Chyba, że uważasz, że warto. Jeśli tak, to możesz na mnie liczyć. Jestem Twoim przyjacielem, Louis, dlatego zawsze przy Tobie zostanę  i będę Cię wspierał – zakończył monolog, a ja bezwładnie oparłem się o jego ramię i zacząłem płakać. Mówi się, że facetowi nie przystoi się mazać. Że powinien być twardy. Dlaczego? My nie jesteśmy bezdusznymi robotami. Też mamy emocje i uczucia. Też kochamy i nienawidzimy. Też umieramy ze strachu i tęsknoty. Też jesteśmy tylko ludźmi, lecz utarło się, że nie wypada nam się do tego przyznawać.
Równo o godzinie 10.00 wybiegłem na uczelnię. Zajęcia zaczynały się dopiero koło 11.30, ale chciałem porozmawiać z Jasmin. Nie chodziło nawet o to, żeby się dowiedzieć prawdy, której też byłem ciekaw. Po prostu musiałem się upewnić, że jest cała i zdrowa. Powiedzieć jej, że może na mnie liczyć. Wspólnie z chłopakami stwierdziliśmy, że jeśli tylko chciałaby uciec z tego domu, to zawsze może zatrzymać się u nas. Od razu skierowałem się do biblioteki. Tam właśnie Mina codziennie przed zajęciami się zaszywała. Gdy siedziała nad tymi książkami i chłonęła treści, które dla większości społeczeństwa były nudne i niezrozumiałe, na jej twarzy widniała tak ogromna fascynacja. Oczywiste było, że to jej prawdziwa pasja. Szybko otworzyłem drzwi uczelni i prawie pobiegłem do miejsca, które zawsze zajmowała. Gdy zamiast pięknej dziewczyny zobaczyłem puste krzesło, ogarnęła mnie panika. Nocne myśli, niczym złe demony powróciły i ponownie mnie opętały. A jeśli oni coś jej zrobili? A jeśli leży gdzieś pobita, lub jest zamknięta w jakiejś piwnicy?  Albo jeżeli skrzywdzili ją jeszcze bardziej? Byłem taki bezsilny. Ale zaraz, stop, chwila. Czy ja przypadkiem nie jestem Louisem Tomlinsonem?  Człowiekiem, który może praktycznie wszystko? Z tą myślą skierowałem się do sekretariatu. Wszedłem do niewielkiego pomieszczenia i od razu obdarowałem naszą sekretarkę najpiękniejszym z uśmiechów, na co ta lekko się zarumieniła.
- Dzień dobry. Muszę powiedzieć, że wygląda pani dzisiaj zniewalająco. Czyżby nowa fryzura?
- Dziękuję. Miło, że zauważyłeś. Mój mąż nawet nie zwrócił uwagi. Co Cie do mnie sprowadza? Bo nie uwierzę, że przyszedłeś na pogawędkę o pogodzie.
- Bo ja mam do pani dość nietypową prośbę. Kojarzy pani tą studentkę z pierwszego roku, Jasmin? To taka niska, niebieskooka blondynka.
- Tak, tak, wiem. Przeurocza dziewczynka. Zawsze odpowie dzień dobry i znajdzie chwilę na rozmowę. W dzisiejszych czasach tak rzadko to się zdarza.
- I chodzi o to, że wczoraj gdy omawialiśmy projekt zostawiła u mnie torebkę. Jest tam wszystko: klucze, portfel, komórka, dowód.  Wiem, że nie będzie jej w Akademii do końca, tygodnia, bo opiekuje się chorą siostrą. Czy mogłaby pani dać mi jej adres, żebym odniósł zgubę? – wraz z tym pytaniem promienny uśmiech zniknął z twarzy kobiety, która momentalnie się spięła.
- Wiesz, że to jest niezgodne z zasadami. Gdyby się dowiedzieli, to wyrzuciliby mnie na bruk – powiedziała lodowatym głosem.
- Nie pisnę ani słowa. Jasmin na pewno bardzo się martwi – zobaczyłem nutę zawahania – Przecież pani wie, że ja jej krzywdy nie zrobię. Chcę tylko oddać torebkę – dodałem                                                     
- Wychodzę na pięć minut. Pilnuj sekretariatu – zdecydowała po chwili namysłu. Gdy tylko opuściła pokój prawie rzuciłem się do komputera i już po chwili miałem nazwę ulicy i numer domu. Postanowiłem odpuścić sobie wykłady. Wsiadłem do mojego czerwonego lamborghini i ruszyłem do miejsca, gdzie najprawdopodobniej przebywała Mina.
Dom przed którym zaparkowałem był tak sam jak te sąsiednie. Czerwone dachówki, białe ściany i para okien. Taki standard. Ale to właśnie w tych zwykłych domach i niewyróżniających się rodzinach, pod osłoną normalności, żyły największe patologie. Spojrzałem w okno na drugim piętrze. Za zasłonką stała przerażona Jasmina i intensywnie gestykulowała, chcąc mi przekazać, że powinienem stamtąd odejść. To jeszcze bardziej mnie przekonało, że robię słusznie. Zadzwoniłem dzwonkiem i po chwili zobaczyłem stojącego w drzwiach Kadira.
- Cześć. Ja chciałem Cię bardzo przeprosić za wczorajszy incydent. Trochę mnie poniosło – słowa ledwo przechodziły mi przez gardło, lecz wiedziałem, że inaczej nie będę miał szansy porozmawiać z Miną.
- Przeprosiny przyjęte. Coś jeszcze? – powiedział ze zwycięską miną i pogardą w oczach.
- Tak, chciałbym pozmawiać z Twoją siostrą
- Ona nie ma teraz czasu
- Pięć minut, proszę – nie rozumiałem tej całej sytuacji. Z tego co wiedziałem ona była dorosła. Więc dlaczego…
- Poczekaj chwilę – odparł po momencie zastanowienia. Stałem pod ich domem jakieś dziesięć minut. Z środka dobiegały krzyki, lecz nic nie rozumiałem, ponieważ mężczyzna posługiwał się jakimś dziwnym językiem. W końcu drzwi się otworzyły. Brat dziewczyny wyszedł razem z nią trzymając ją za ramię.
- Cześć. O co chodzi? Pospiesz się, bo jestem bardzo zajęta – jej głos, tak samo jak twarz,  pozbawiony był jakichkolwiek emocji.
- Chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku. Nie odbierałaś telefonu. Martwiłem się.
- To jak widzisz, że wszystko dobrze, to chyba możesz już sobie iść. Nie odbierałam, bo uważam, że nie mamy o czym rozmawiać. Nie dzwoń do mnie więcej i nie przychodź. Nie życzę sobie tego. A teraz muszę wracać do domu. – gdyby nie strach i nieme błaganie o pomoc, które dostrzegłem w jej oczach, pewnie bym uwierzył w te słowa. Była świetną aktorką. Zdawałem sobie sprawę z tego, że to przedstawienie dla brata. Już miałem wrócić do samochodu i jechać do domu, w celu obmyślania kolejnego planu, kiedy zobaczyłem jakąś kartkę. Schyliłem się i ją rozwinąłem. Zobaczyłem niewielki, zgrabne litery – Dziś, 23.00, nad naszym jeziorkiem. Czułem, że to będzie przełomowe spotkanie. Że wszystko zostanie powiedziane.   
--------------------------------------------------------------------------
A więc najpierw chciałam wam podziękować. Każdy jeden komentarz pod ostatnim postem był dla mnie niewyobrażalnie ważny. Już chciałam to zostawić, poddać się, ale dzięki wam mam znowu siłę Tak jak przewidziała Aleksja, wraz z górskim powietrzem i sielskimi widokami moja wena wróciła. I nie chcę wyjść na zbyt pewną siebie, ale ten rozdział mi się nawet podoba. Pewnie, że mógłby być lepszy, ale w porównaniu do poprzedniego jest w miarę ok. Obiecuję już nigdy nie wstawić czegoś tak beznadziejnego jak ostatnio. Wracając do kwestii przyszłości tego bloga, tak jak napisałam w odpowiedziach słowa Young, Vick i Aleksji dały mi naprawdę do myślenia. Rozważam opcję zawieszenia, oczywiście po skończeniu tego wątku. Nie chcę całkowicie kończyć, ale boję się, że potem nie wrócicie. No nic, pożyjemy, zobaczymy. A na razie wstawiam i idę dalej się opalać i delektować cudownymi widokami w towarzystwie Trudi Canavan (kocham jej książki !) Lecę, wrócę jak napiszę. Już nigdy nie będę się ograniczała terminami, bo sami widzieliście tego żałosne skutki. Jak chcecie być informowani o nowych rozdziałach, to w zakładce ,,o mnie” dałam GG. Dobra idę. Buziaki z gorącej wsi zabitej dechami :*
Wasza Gabi ♥♥


Ps. właśnie założyłam tego nowego bloga. Nie wytrzymałam do czerwca. Jeśli jest ktoś chętny, to tutaj link -->Do not call me Mel

7 komentarze:

Vick pisze...

Tak jak Ci wcześniej mówiłam: ciesze się z powrotu twojej weny :D Tamto też było dobre, ale to jest świetne. Widzę w tym wszystkim Ciebie.
Podoba mi się Louis u Ciebie, jest taki... skomplikowany. I nareszcie przejrzał na oczy. Powiem tak: nie chcę, żebyś to kończyła tak jak chcesz skończyć, ale to twoja wizja twórcza. Zresztą nie wszystko może mieć szczęśliwe zakończenie.
Jestem za zawieszeniem bloga, nie zostawiaj go :D Taka odskocznia się czasem przydaje, wiem co mówię ;)
Czekam na nn! ;p

Aleksja. pisze...

Tak sobie siedzę. Przeczytałam rozdział, zgrywam zdjęcia, przeglądam facebooka i twittera i zastanawiam się co napisać.
Jak już ci na gg wspomniałam, rozdział podoba mi się bardzo jednak teraz muszę to ująć w bardziej ambitne słowa, żeby ten komentarz miał sens.
Przy ostatnim wpisie odniosłam wrażenie, że opowiadanie 'straciło duszę' i że widziałam w nim to, jak było pisane na siłę, jednak dzisiaj zostałam mile zaskoczona. Czyżby zmartwychwstanie tyczyło się także powieści? No, kto wie.
Osobiście jestem naprawdę pod wrażeniem, ubóstwiam twojego Lou i Jasmine i życzę im dobrze chociaż czytająć powyższy komentarz Vick coś czuję, że koniec nie będzie kolorowy ;/ Jeżeli będę przez ciebie płakać to płacisz za chusteczki ♥

Justyśka pisze...

Bardzo się ciesze, że "gorąca wieś zabita dechami" pomogła w powrocie Twojej weny,, naprawdę widać to w opowiadaniu.:D Jak już pwspominałam uwielbiam twój styl pisania.. więc oczywiste jest, też to, iż strasznie podobał mi się ten rozdział i zżera mnie ciekawość czy moje domysły wobec Jasminy są prawidłowe.
A ja już myślałam, że się wszystko wyjaśni w tym rozdziale;) no trudno, może nie zje mnie ciekawość od środka, do czasu kiedy wstawisz kolejny rozdział..:)
A w sprawie blogu, to faktycznie jeśli tak czujesz, że na razie nie możesz się na tym całkowicie skupić, to sądzę, iż zawieszenie go na jakiś czas, będzie o wiele lepszym rozwiązaniem, niż całkowite zakończenie..:)

olaa.xdd pisze...

ogólnie rozdział jest świetny . wydaje mi się, że z każdym rozdziałem pokazujesz co innego . każdy piszesz jakoś inaczej i to mi się podoba . taka różnorodność . zaskoczyłaś mnie tym, że to akurat Louis, ponieważ on mi nie przyszedł nawet na myśl w każdym razie podoba mi się on tutaj . w tym momencie komentuję wszystkie te rozdziały, których nie skomentowałam jak mnie nie było także wiesz .. ;) czekam na nn ^^ .

Forever Young pisze...

Łooo dziewczyno lecisz z tymi rozdziałami jak szalona, też tak chce a tu wenodupizm mnie dorwał i nie odpuszcza, oj nawet troszeczkę nie daje mi forów bym chociaż skończyła rozpoczęty rozdział. Zazdroszczę Ci momentami bo niby coś tam nie styka ale ostatecznie zawsze się bronisz i tworzysz cuda, które potrafią zauroczyć.
Wciąż obstawiam tego religijnego fanatyka, który najprościej pod kopułą nie ma. Cóż, najwyżej ostatecznie wyjdzie, że nie miałam racji. Wcale jakoś mocno się tym przejmować nie będę bo wiem, że momentami moje podejrzenia wykraczają ponad wszelkie normalne granice.
Lou, jak ja uwielbiam o nim czytać, nawet jeśli w rozdziale obierałby tonę marchwi to byłaby to wielce fascynująca czynność lol nie no poważnie to twierdzę, że bohater ma potencjał a dzięki Tobie ma nawet i duszę, która jest przeurocza.
Ja już wiem, że będzie smutny koniec a tak liczyłam na ten neutralny bez wielkich łez ale i bez oklepanego Happy Endu. Jakkolwiek będzie wiem, że skończysz to z sensem. Akurat o to nic a nic się nie boje.
Wierzę w Ciebie ^.^ Trzymaj się cieplutko :*

Van pisze...

Ej, strasznie fajnie piszesz :) Początek mnie porwał, tak ładnie mówił o tym wszytkim mimo, ze było troche sumtne, dobrze, że Lou przejrzał na oczy :)

van-ill-op.blogspot.com
second-chance-to-life.blogspot.com

Anonimowy pisze...

Niesamowite!!

Prześlij komentarz